Szkoła katolicka

Uczniowie chodzą w mundurkach. Obowiązuje dyscyplina, są wymagania. A mimo to rodzice chętnie posyłają tu swoje dzieci. O przyjęcie do Szkoły Podstawowej Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny im. bł. Bolesławy Lament w Białymstoku trzeba się zapisać kilka lat naprzód. Siostra dyrektor Emanuela Marianna Szefel uśmiecha się od samego progu życzliwie. Po paru zdaniach rozmowy wydaje się już dobrą znajomą, z którą można pogawędzić o wszystkim.

Pochodzi spod Pułtuska. Skończyła studia, różne kursy, szkolenia, ale jak mówi największe doświadczenie dało jej życie. W czasach PRL prowadziła przedszkola. Nigdzie nie były zarejestrowane, bo nie mogły, aby przyprowadzali tu swoje dzieci wszyscy urzędnicy partyjni. Zdarzyło się, że nie przyjęła dziecka wojskowego, bo nie było miejsca. Wojskowy się wykłócał, straszył, że użyje swoich wpływów. A kiedy nie miał już żadnych argumentów, to po prostu przesadził dziecko przez płot, spojrzał, czy siostra nie widzi i poszedł.

 

Najpierw było przedszkole

Po transformacji ustrojowej zakonnice ze zgromadzenie Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny najpierw założyły przedszkole. Od razu było bardzo dużo chętnych. I już pierwszego roku rodzice prosili o szkołę.

- A mnie wydawało się to niemożliwe. Ani personelu, ani pieniędzy. No i gdzie? – wspomina siostra Emanuela.

Pomysł jednak wracał. Odwagi dodało jej to, że już w przedszkolu więzi rodzicami okazały się bardzo bliskie. No i żal było dzieci. – Widziałam, jak się zmieniają. Że to wszystko, co uzyskaliśmy w przedszkolu gdzieś uleciało. Zdałam sobie sprawę, że gdy mamy wychowywać nowe pokolenie, to musi być kontynuacja kształcenia. Pamiętną chwilą był styczeń 2000 roku. Przyjechała do Białegostoku z wizytacją matka Generalna. Przed wyjazdem pytała siostry: macie jeszcze jakieś sprawy? Siostra Emanuela niewiele się zastanawiając mówi: rodzice chcą szkoły. A podjęłabyś się zrealizowania? Tak.

- I sama się przestraszyłam tego, co powiedziałam. To był taki spontaniczny odruch – dodaje siostra dyrektor – może, gdyby ktoś mnie przekonywał, to pewnie bym wykazała więcej rozsądku. Czas nagli. Żeby szkoła mogła ruszyć, musi być zarejestrowana pół roku przed rozpoczęciem zajęć. Pozostał miesiąc na załatwienie formalności.

- Poszłam do prezydenta. Chcemy założyć szkołę, mówię. Dobrze, ale gdzie? – pyta prezydent. Nie wiem, wzruszyłam ramionami, może jest jakiś wolny lokal. Zwalniał się budynek przy ul. Świętojańskiej. Mały był, ale na początek dobre i to. Potem przeniesiono na ul. Dobrą, a od dwóch lat szkoła ma swoją siedzibę przy ul. Mickiewicza. Tam, gdzie dawniej była szkoła włókiennicza.

 

Tradycja i nowoczesność

W statucie szkoły jest zapisane, że łączy ona najlepsze tradycje dawnej oświaty z nowoczesnością. Z tym, co dobre, ale sprawdzone – podkreśla z naciskiem siostra dyrektor. Poziom, ale i wymagania. I przede wszystkim szacunek do nauczycieli. Trzeba było to wypracować.

- Tłumaczę rodzicom: tak, jak w domu wy jesteście mistrzami, tak tutaj my jesteśmy. Musimy się wzajemnie wspierać. Nie może być tak, że dziecko po powrocie ze szkoły opowiada o nauczycielach najgorsze rzeczy, a rodzice je popierają. Nikt z nas nie boi się krytyki, trzeba rozmawiać, ale nie przy dzieciach.

- To przemawia – uważa siostra Emanuela – bo rodzice wiedzą, że nigdy nie wystąpimy przeciwko nim. Dla nas rodzina to świętość. Jeśli chcą nam pomóc, korzystamy z pomocy, ale jest granica. Teraz, kiedy pyta rodziców, dlaczego zapisują tu swoje dziecko, to sami mówią: bo wiemy, że tutaj są wymagania i dzieci nie rządzą nauczycielami. Ale poza tym jest to najnormalniejsza szkoła pod słońcem – zapewnia siostra Emanuela. Dzieci są różne. Mają piątki, szóstki, ale są tacy, co zbierają dwójki. Tyle, że tutaj uczeń w każdej chwili może podejść do nauczyciela i poprosić o wytłumaczenie, jeśli czegoś nie rozumie. Są też zajęcia wyrównawcze.

 

Nauczyciele

Jak dobierano kadrę pedagogiczną? Siostra dyrektor wzdycha.

- Pan Bóg kierował, jak we wszystkim. A po ludzku mówiąc przekonała się, że nie można przyjmować ludzi z ogłoszeń, z ulicy, bo to nie zdaje egzaminu. Co bierze pod uwagę? Fachowość, wykształcenie, przygotowanie do zawodu – to warunek. Podstawą jest rzecz jasna aspekt duchowy, musi to być osoba religijna, praktykująca. Ale najbardziej siostrę dyrektor interesuje stosunek nauczyciela do ucznia, jak prowadzi lekcje, na ile potrafi poświęcić się dzieciom, czy je rozumie. No i czy nie jest przewrażliwiony na swoim punkcie.

- Nigdy nie będzie dobrym nauczycielem ktoś, kto ceni siebie wyżej, niż ucznia – uważa.

 

Wiara

Szkoła z założenia jest Katolicka, ale w sposób naturalny. Tak, jak rodzina w sposób naturalny jest religijna poprzez przestrzeganie zasad wiary w życiu, tak i my staramy się w sposób naturalny kształtować w dzieciach tożsamość religijną – tłumaczy siostra Emanuela. Nie ma podziału: teraz wiara, teraz język polski, matematyka. Praktycznie na wszystkich przedmiotach, bez przesady ani w jedną, ani w drugą stronę, nawiązuje się do elementów religijnych. Są stałe elementy. To uroczystości religijne, modlitwa przed pierwszą lekcją i po ostatniej, a także przed obiadem. Często dzieci same wzbudzają intencje modlitwy.

- Staramy się, żeby to było na poziomie, ale też z wyczuciem. Nic na siłę. Sprawa wiary jest bardzo delikatna, do miłości, do Boga dorasta się całym życiem – mówią siostry.

 

Mundurki

Czym się różni wasza szkoła? – pytam 6-klasistów. Strojem – odpowiadają chórem. Obowiązują mundurki. Są 2 rodzaje stroju szkolnego. Galowy dla dziewczynek to granatowa plisowana spódniczka, kamizelka i niebieska bluzka. Dla chłopców ciemne spodnie, biała koszula, mucha i też kamizelka. Na co dzień granatowe pulowery lub bezrękawniki. I oczywiście tarcza z logo szkoły. Pięć razy w semestrze uczeń może nie mieć wymaganego stroju.

- Mamy krawcową, która szyje spódnice i spodnie oraz fabrykę, która dostarcza swetry – zdradza siostra dyrektor. Nie ma mody, kolczyki u dziewczynek? Jeśli małe, można. To nie zakon. Duże, wyzywające odpadają, makijaż też.